Jaś
„W lutym 2019 roku zaszłam w ciążę. Na początku pojawił się stres, gdyż wiązało się to wywróceniem dotychczasowego życia do góry nogami. Kiedy zdołaliśmy się już odnaleźć w nowej sytuacji, nie było nam, niestety, dane długo się nią cieszyć. Przeprowadzone w 13. tygodniu ciąży pierwsze badania genetyczne wykazały podejrzenie wystąpienia wady. Świat nam się wtedy zawalił. Wstępne przypuszczenia zakładały, że będzie to zespół Downa, a kolejne badania w 20. tygodniu przekreśliły wszelką nadzieję. Ostateczna diagnoza brzmiała: trisomia 18, czyli zespół Edwardsa – dziecko nie dożyje porodu, umrze w jego trakcie lub w ciągu pierwszych dni, miesięcy od narodzin.”
To, co wówczas przeżywaliśmy, jest nie do opisania.
Oczywiście, zamiast empatii, emocjonalnego wsparcia oraz profesjonalnej opieki, których w tym momencie potrzebowaliśmy, zostaliśmy poinformowani o możliwości dokonania aborcji. W imię fałszywej litości nad chorym dzieckiem oraz rzekomej chęci przerwania jego cierpienia, wmawia się kobietom, że najlepiej będzie „usunąć ciążę”. A chodzi przecież o to, by ten czas, który jest dany nam i naszemu dziecku, wykorzystać na miłość oraz godny pochówek.
Zawsze byliśmy zwolennikami pro-life, dlatego nie zrobilibyśmy tego własnemu dziecku. Straszono mnie, że utrzymanie ciąży grozi utratą zdrowia, a nawet stanowi zagrożenie dla mojego życia; że to bez sensu, bo przecież wciąż mamy szansę na zdrowe potomstwo w kolejnej ciąży. I choć nie ulegliśmy wywieranej na nas presji, to prawdopodobnie nie podołalibyśmy temu psychicznie, gdyby nie wstawiennictwo Matki Bożej, wyjazdy modlitewne do Gietrzwałdu oraz Częstochowy, codzienne przystępowanie do Eucharystii, modlitwy naszych znajomych w Fatimie i Medjugorie, a także msze zamawiane w intencji naszej rodziny.
Modliłam się o cud, on jednak nie nadszedł. Przynajmniej nie taki, którego oczekiwałam. Mimo to, gdybym jeszcze raz miała podjąć decyzję, byłaby ona taka sama, tzn. nie dokonałabym aborcji. Mój maleńki Jaś dotrwał do 34. tygodnia ciąży, ważył tylko kilogram, ale zajął swoje miejsce w naszym życiu i wierzymy, że czeka już na nas w niebie.
Ksiądz na pogrzebie synka powiedział, że nasze świadectwo wiary i trwania w Panu były rekolekcjami dla połowy parafii. Na 33 urodziny dostałam krzyż, aby świadomie go nieść już do końca życia. Ale jakże słodki był to krzyż – zmienił on całkowicie moją rodzinę: mnie, męża oraz pierwszego syna, który ma 10 lat. Nic już nie będzie takie jak wcześniej, lecz każdego dnia dziękuję Bogu za wszystko, czym nas doświadczył, ponieważ... w tym bolesnym doświadczeniu znalazłam Niego.
Ewa Kuczalska


